Sam, ale nie samotny, czyli jak poznać bratnią duszę na emigracji

samotność na emigracji

Wiele jest piosenek mówiących o samotności. Wcześniej odnosiłem je głównie do relacji damsko-męskich, teraz, kiedy jestem emigrantem, znam cienie i blaski tej sytuacji, patrzę na nie także z trochę innej perspektywy. Bo to wszystko są teksty także o nas. Co z nich wyciągniemy, to nasze, ale traktujmy je raczej jako coś, co podnosi na duchu, a nie pogrąża nas w rozpaczy. Ale dziś nie o piosenkach, choć mógłbym o nich pisać godzinami, a o moich wspomnieniach w reakcji na Wasze komentarze do wpisu facebookowego mówiącego o, nazwijmy to, sferze towarzyskiej na emigracji.

Wasze diametralnie różne podejścia dały mi do myślenia. Oczywiście te pozytywne cieszą, dlatego tak Was starałam się ciągnąć za język, byście to Wy sami nakierowali się na sposób myślenia czy kroki do podjęcia, by coś w tej sferze zaczęło się dziać. Kiedy zobaczyłem ten demotywator, westchnąłem, bo przypomniały mi się moje początki za granicą. Z dala od bliskich, z obcym mimo wszystko językiem, z którym – mimo niezłej znajomości – nie czułem się komfortowo. Wszystko nowe – to tak, jakby rozpocząć życie na nowo, tyle, że od określonego wieku oczywiście, więc i z pewnym bagażem doświadczeń, przemyśleń i… wspomnień tego, co zostało „tam”. Tak, właśnie to najbardziej ciążyło, choć może się wydawać, że po nas, facetach, spływa to jak po kaczce. Nie było tak łatwo. Skoro jednak podjąłem decyzję o wyjeździe, musiałem być konsekwentny i spróbować zorganizować sobie rzeczywistość „tu i teraz”, z silnym wsparciem w postaci „tam i wtedy”. Choć bardzo cenię technologie, która umożliwiały i oczywiście wciąż umożliwiają bezproblemową komunikację z najbliższymi, traktowałem ich jak gąbkę pochłaniającą moje frustracje świeżo upieczonego migranta. Przykro mi było potem, kiedy zamiast być podbudowanym, miałem wyrzuty sumienia za swoją wylewność, która sprawiała, że i mojej rodzinie nie było do śmiechu. Postanowiłem rozejrzeć się dookoła i spróbować doszukać się pozytywów całej tej nowej sytuacji – po coś w końcu tu przyjechałem. Już wiedziałem, „co ja tu robię”, pozostało pytanie „po co?”. Nauczono mnie, że prócz kwestii zarobkowych powinno być coś jeszcze. Moje psychologiczne zacięcie zmusiło mnie do znalezienia pozytywów tej nowej sytuacji, którą chciałem przekuć na szansę doświadczenia czegoś nowego i dobrego, choćbym musiał zacisnąć zęby. Jak to mówią – będę szczęśliwy, choćbym miał sobie to szczęście narysować. Tyle tylko, że w rysunkach byłem kiepski. Po pracy zacząłem zwiedzać najbliższą okolicę, czasem z musu i nie do końca przekonany, bo zmęczony. Ale chłonąłem otoczenie. Żeby poczuć się trochę bardziej pewnie. Z czasem znałem już sporo miejsc w najbliższym otoczeniu i coraz częściej patrzałem przechodniom w oczy. Dopiero wtedy zauważyłem ich różnorodność i choć ta inność z początku mnie przerażała, stałem się pełen ciekawości, a już nie obaw. Trochę czasu musiało minąć, zanim odważyłem się zagadać do obcego mi człowieka. To zabawne, ale okazało się, że ów mężczyzna również nie mówił płynnie w obcym mu języku. Świadomość niedoskonałości innych dodaje pewności siebie, mówię Wam! Nastawiając się na wyjazd za granicą przede wszystkim postaw sobie za cel dogadać się, a nie zostać mówcą o kwiecistym, poprawnym języku. Gdzie w tym wszystkim jednak inni Polacy? Oczywiście byli. Początkowo też niechętnie, ale zacząłem rozglądać się za polskimi sklepami, instytucjami czy imprezami kulturalnymi. To tam poznawałem pierwszych rodaków, źródło cennych informacji. I choć może pomyślicie, że to takie trochę instrumentalne podejście, ale… jak to ludzie, przychodzą i odchodzą i ci pierwsi właśnie tacy byli. Tacy „na chwilę”, do pogadania o pogodzie, wymienienia się informacjami na temat tego, co dzieje się w mieście, na co warto zwrócić uwagę czy gdzie można iść na obiad nie tracąc połowy wypłaty 🙂 Raz czy drugi poszedłem na spotkania dla Polaków, ale.. to nie było to. Nie tego szukałem. Nie na siłę. Byłem przybity, bo myślałem, że spotkam tam ludzi, którzy pozwolą mi rozwinąć moje zagraniczne skrzydła, a natknąłem się na wycofanych i pogodzonych z niedolą ludzi. Może dla nich to dobre miejsce i znajdują tam to, czego szukają, tę pomoc na najbardziej podstawowym poziomie. Ja już sobie nieźle radziłem i odpuściłem. Zacząłem po prostu żyć, tak jak w Polsce, zacząłem jeździć na rolkach dla złagodzenia stresu, który gdzieś tam jednak mi ciążył, pomimo całkiem niezłego radzenia sobie. To okazał się być strzał w dziesiątkę… Sytuacja, w której czułem się pewnie sprawiła, że początkowe uśmiechy zamieniły się w grzecznościowe „dzień dobry”, później uprzejme wymiany zdań, wreszcie rozmowy. Zarówno z Polakami, jak i obcokrajowcami. Nagle okazywało się, że od fazy nieudolnych czasem rozmów o zainteresowaniach przechodziliśmy do wieczornych spotkań po pracy. Bez zmartwień o wzajemne zrozumienie. Jasne, zdarzali się tacy podchodzący do innych z wyższością, a to ze względu na nastawienie do migrantów, a to zgrywanie migranta zadomowionego, po prostu nonszalanckiego starego wyjadacza.

Najważniejszą barierę przełamałem – nie bałem się już nawiązać kontaktu. To przełożyło się na kontakty w pracy, kiedy w kolegach i koleżankach z pracy zauważyłem też po prostu ludzi, z pasjami, marzeniami, troskami i słabościami. Tu też bywa różnie – jakieś poczucie konkurencji gdzieś tam co jakiś czas rodzi niemiłe sytuacje. Ale to ja decyduję z kim chcę spędzić czas i jeśli tylko wyczuwam dobre fluidy w drugim człowieku, staram się okazać swą życzliwość i po prostu uśmiechnąć. Potem wszystko już jakoś idzie łatwiej.

Dużo goryczy było w tych Waszych wpisach i ja ją rozumiem, bo sam na samym początku widziałem siebie na straconej pozycji. No, bo jak to, zaczynać wszystko od nowa, iść do sklepu i powiedzieć „poproszę 5 znajomych”? Niestety nie. To kwestia otwarcia, znalezienia sfery komfortu, która sprawia, że czujemy się trochę bardziej pewni siebie i rozejrzenia się, czy aby w tej strefie nie ma kogoś obok. Pani Beata wskazała w jednym z komentarzy także na siłę internetu jako szansy na poznanie ludzi. I to jest dobre rozwiązanie dla tych z Was, którzy nie wyobrażają sobie ot, takiego zagadania, jak ja wtedy na rolkach. Internet przystępniejszy, no i w internecie nie widać, gdy pisząc zastanawiamy się 🙂 Warto wchodzić na strony dla emigrantów, różnego typu fora, bo to są największe skupiska takich jak my. Jak wszędzie nie brakuje oszołomów, ale po wypowiedziach można poznać, kto jest kto. Tak jak w komentarzach pod tym moim wpisem 🙂

Nie bójmy się ludzi – wbrew pozorom oni wszędzie są tacy sami. I choć nie raz jeszcze zawiedziemy się, próbujmy, by nie być – jak śpiewa Oddział Zamknięty – samotnym wśród ludzi, którzy myślą: „On nigdy nie jest sam”.

Wiele jest piosenek mówiących o samotności. Wcześniej odnosiłem je głównie do relacji damsko-męskich, teraz, kiedy jestem emigrantem, znam cienie i blaski tej sytuacji, patrzę na nie także z trochę innej perspektywy. Bo to wszystko są teksty także o nas. Co z nich wyciągniemy, to nasze, ale traktujmy je raczej jako coś, co podnosi na duchu, a nie pogrąża nas w rozpaczy. Ale dziś nie o piosenkach, choć mógłbym o nich pisać godzinami, a o moich wspomnieniach w reakcji na Wasze komentarze do wpisu facebookowego mówiącego o, nazwijmy to, sferze towarzyskiej na emigracji. Wasze diametralnie różne podejścia dały mi do myślenia. […]

Czytaj artykuł