Kiedy wrócisz, kochanie? O tęsknocie słów kilka

rozłąka na emigracji

„Kiedy wrócisz, kochanie?” – dawno nie słyszałem od mojej drugiej połówki takich słów. Nie, nie dlatego, że nasze stosunki ochłodziły się, choć przyznaję, że mieliśmy etap „lodowca”. Za nami Walentynki, które spędziliśmy osobno. Nie pierwszy raz. Udało nam się zaakceptować rozłąkę jako coś wpisanego w nasz związek. Wbrew pozorom, to możliwe.

Moja partnerka jest niezależna i dość aktywna. Dzięki temu nie przesiaduje całymi dniami w domu ubolewając nad swoją tęsknotą. Gdy się coś zepsuje lub trzeba drobnego remontu, ambicja nie pozwala jej od razu dzwonić po fachowca – stara się poradzić sobie sama, choć nie chcecie wiedzieć, jak wyglądała nasza ściana po jej pierwszych podchodach do wbijania gwoździ 🙂 Dzielna jest, choć dobrze wiem, że nic nie zastąpi nas tych wspólnych chwil, chwil, które musimy intensyfikować i wyciskać czas jak cytrynę.

Choć przyznaję, że gdy wracam do Polski jestem zmęczony i czasem najzwyczajniej chciałbym przeleżeć tydzień w kapciach bezmyślnie leniuchując. I zwykle potrzebuję swego rodzaju adaptacji do domowych warunków. Dom kojarzy mi się właśnie z odpoczynkiem. Wiedzą to moi bliscy, którzy w te pierwsze dni dają nam spokój – mi, bym mógł zaszyć się w domowych pieleszach i nam, byśmy mogli spędzić kolejne dni tylko ze sobą. Bo kolejne dni w domu to właśnie cieszenie się sobą i – jeśli tylko nie mamy pilnych spraw (urzędowych, administracyjnych itd.) – staramy się wykorzystać ten czas na nas, ale nie na pracę. Dlaczego?

Jako miłośnicy nowinek technologicznych utrzymujemy kontakt na bieżąco, i to podczas sesji na Skype czy innym komunikatorze mówimy o bieżących sprawach, troskach, wrażeniach, także tym, co nas boli czy martwi. Takie, można rzec, podsumowanie tygodnia. Ale i Nie brakuje sytuacji awaryjnych, kiedy Aśka dzwoni, by skonsultować się w razie nagłej nie cierpiącej zwłoki sprawie. Taak, telefon wtedy kosztuje. Ale jestem dla Niej, bo wiem, że potrzebuje mojej rady. No i jest kolejny pretekst, by się usłyszeć choć przez chwilę 🙂 Wiem, że Jej to nie zastąpi objęcia ramieniem czy poskrobania moim zarostem, dla mnie też to marny substytut (o ile jakikolwiek?!) przytulenia i buziaka na dzień dobry. Internetowo także wspólnie planujemy czas, który spędzimy razem. To ważne, że oboje żyjemy tą perspektywą i każde z nas ma jakiś wpływ na wspólne chwile. A, że dzisiaj przez internet można załatwić prawie wszystko, zaocznie czasem udaje mi się przemycić jakąś niespodziankę. To, że jestem tutaj, nie znaczy wcale, że mam związane ręce. Internet pozwala mi śledzić to, co dzieje się w kraju, co dotyczyć może mojej rodziny.

Bardzo zależy nam, by z powodu mojej emigracji „my” nie zostało podzielone na „ja” i „ty”. Obserwuję, że znajomi oddalają się od siebie, nie rozmawiają, a wyczekiwane tak przez obie strony spotkania okazują się kompletną klapą, bo… nagle brakuje tematów do rozmów. Każde żyje w innym już świecie, a te światy nie zazębiają się. Wspólna płaszczyzna jest bardzo ważna – przecież to ona tworzy związek, cementuje go, a życie opiera się na wspólnym dążeniu do celu, wspieraniu się i byciu oparciem – to prawda, tym osobistym, ale tego niestety nie możemy zapewnić będąc hen daleko. Przyznaję, nie zastąpi to wszystko dotyku, miłości okazywanej co dnia spojrzeniem w oczy czy kanapkami do pracy. Moja połowa jest samodzielna – jak wspominałem – ale miewa gorsze dni czy chwile zwątpienia, a ja jako mężczyzna powinienem być Jej wsparciem, co staram się czynić jak tylko mogę najlepiej. Choć czasem i ja mam wtedy „doła”, nie daję tego po sobie poznać. Ważne dla mnie jest, byśmy potrafili się inspirować i pobudzać do rozwoju, a rozłąka jest testem miłości i lojalności.

Czytałem gdzieś, że emocje związane z emigracją układają się na kształt litery „W” – najpierw mamy do czynienia z euforią i zachłyśnięciem się nowością, potem następuje spadek w obliczu tego wszystkiego, z czym jednak nie radzimy sobie tak świetnie, jak nam się wydawało po to, by mozolnie wspinać się w górę i ujarzmiać trudności, z którymi pierwotnie kompletnie nie wiedzieliśmy co robić, ale w miarę upływu czasu odnajdujemy się w rzeczywistości. Ponoć po tym znów następuje spadek, czy to ze względu na postępujące odosobnienie czy rozczarowanie krajem, który miał być ziemią obiecaną. Na szczęście ja nie zaliczyłem tego ostatniego spadku – i choć bywa mało ciekawie, oboje z Asią wiemy, że od naszej komunikacji i obopólnej dbałości – choć w większości na odległość – o nasze życie, zależy to, jak nam będzie w obecnej sytuacji, która jeszcze musi potrwać. Życzę Wam moi drodzy przede wszystkim komunikacji i kreatywności w dbaniu o Waszych najbliższych, miłość i przywiązanie!

Czytaj artykuł